czwartek, 6 czerwca 2013

TOSKAŃSKIE GARDEN PARTY



Jedzenie, choć zajmuje jedno z najistotniejszych miejsc w naszym życiu miało nie zajmować aż tak dużo miejsca na tym blogu. Chociaż trudno jest tego uniknąć żyjąc i odżywiając się w Toskanii... Impreza, którą zorganizowała w swoim ogrodzie Olga miała być duchową ścieżką wymiany luźnych myśli pomiędzy uczestnikami inauguracyjnego spotkania My Secret Garden ( Olga zakłada imprezę jako cykliczną co miesiąc). I w sumie fantastycznie rozmawiało się wśród świecących lampek, lampek wina, lampionów i nocnego śpiewu ptaków. Tematy wypływały znienacka, po czym płynęły wartko. Było artystycznie, eterycznie i romantycznie. Więc ZAKŁADAJĄC muślinny i zwiewny charakter, wykluczano przesadną konsumpcję. Mniej żarcia, więcej duchowego wsparcia. Ale cóż...

                                                                 POST O EWIDENTNYM ŻARCIU

Około szesnastej , niedzielnego ciepłego popołudnia, trzy senne kobiece postaci przygotowywały lekkością podszyty posiłek na wieczorne garden party. Olga została operatorem kabli ( czyli Kablowym), Córcia operatorem zastawy kuchennej i sztućców ( Naczyniowym), a Encyklopedia operatorem stołów (Stołowym). Dobrze, że nie Stolnikiem. W drzwiach wyjściowych pojawił się parmezan. A właściwie został wniesiony w pląsach, bo z głośników rozbrzmiewała barokowa muzyka, a ta nadawała czasowi i przestrzeni zawsze bardzo charakterystyczny klimat.

                                                                 PLĄSAJĄCY Z PARMEZANEM NACZYNIOWY

               
                                                           PARMEZAN W OBŁOKU ARII VERDIEGO


                                                                KABLUJĄCY PODBIERAJĄCY


                                                                 POLE PRACY STOŁOWEGO



Lekko i zwiewnie stoliczki nakrywały się. Jak u Braci Grimm. Nakrył się parmezan. Zaraz obok biały jak obłoczek serek, lekko nadpleśniały. Pomidorki czereśniowe. Czereśnie we własnej osobie. Stołowy dążył do wyciągnięcia z jedzenia czystej esencji barw, bo marzyła mu się martwa natura soczysta. Biel, wanilię i czerwień przełamał więc zielenią selera i pomarańczem machewki. Przeciwwagę stanowił nijaki w kolorze łamany chlebek turecki. Kropką nad i była zaś zielona toskańska oliwa.


Wydawało się, że jest tego już wyjątkowo dużo, ale gdy zajrzał do trzech gracji właściciel domu, spytał zaciekawiony, czy zaproszono same króliki. Wręcz przeciwnie, bo ludzi z ciała i krwi. No i właśnie nadchodzili. Sympatyczni i mili.



  Nikt jednak nie przyszedł z pustą ręką. Co zmaltretowało psychicznie Stołowego, bo zburzono całą koncepcję stołowej lekkości bytu. Długowłosa Kristina z Bułgarii przyniosła zieloną tartę szpinakową. Barbara i Steaven ryżową. Ktoś doniósł zapiekane warzywka na cieniutkim cieście zabielonym serkiem ricotta. Ricardo przyniósł czekoladowy tort. Jednak szalę ciężkości przeważyło nadejście Jennifer wraz z Alessio. Jako Amerykanka chciała wykazać się po toskańsku i podsmażyła, poddusiła, a następnie zapiekła kawałki cinghiale. Zagościła więc i w ogrodzie dziczyzna. Stoły zdawały się załamaywać. W przeciwieństwie do atmosfery. Ta zdawała się radośnie rozpływać. Tak jak i dwa kontenery lodów, które na dobicie wręczył na załamane ręce Stołowego Signor Roberto. Encyklopedia targając je do kuchni, stwierdziła, że chrzani swoją funkcję, bo z artystycznych stołów zrobił się poligon wojskowy. Zatrzasnęła lody w zamrażarce Olgi i zmierzyła gniewnie dwie wielkie lazanie, które podrzuciła właścicielka domu, martwiąc się wielce, czym Olga wykarmi swoich gości ( wiedząc, że NIE są nimi króliki).

                                   TYMCZASEM W OGRODZIE ODDAWANO SIĘ BYCIA I PICIA URODZIE





No i siłą rzeczy, oprócz rozmów obejmujących wyżyny duchowe ( Kablowy dzielnie rozplątał i połączył wszystkie kabelki prawidłowo, więc na ustawionym w ogrodzie telebimie wyświetlił bardzo refleksyjny i mistyczny film o Nepalu, Tybecie i Mongolii), rozmawiano też i przyziemnie. A że zebrane towarzystwo było polsko- włosko- bułgarsko- amerykańsko- kanadyjską mieszanką, zeszło oczywiście na kuchnie świata.



Wyszło więc na to, że polskie kremówki, są znane w Bułgarii jako tureckie, a w Turcji jako arabskie. Kto podaje na Wielkanoc jajka ze szczypiorem i majonezem, czyni to ponoć na styl francuski ( dużo zwyczajów tej kuchni przeszło do Kanady). Wigilijny karp po żydowsku znany jest w stanie Giorgia jako ryba po polsku, a w Bułgarii wogóle nie jada się karpia. Co kraj, to obyczaj. O czym świadczyły padające pytania z różnych stron. Niektóre stawiane w wielkim zdziwieniu. No bo kto gotuje zupę ziemniaczaną? Lub kapustę nadziewa jednocześnie ryżem i mięsem ( niezrozumienie dla gołąbków). Ameryka zatrwożyła resztę zapiekaniem ziemniaków w jajach i śmietanie. Włosi nadal nie potrafili zrozumieć, że są ludzie, którzy piją herbatę. I to na śniadanie! Ale ostatnie słowo należało do Encyklopedii, bo zakasowała wszystkich wiadomością, że z owoców można ugotować kompot. Taki do picia.

                                                                 A KAGANKI OŚWIATY PŁONĘŁY ...


                                                                              ROZPALANO NOWE


A że jedzenie jest po to, aby sycić nie brzuchy, ale umysły ( zdaniem niektórych), oddano się kontemplacji innej muzy. Dosłownie, bo z głośników popłynęło reagge, którym upajano się, jak też i winem. Badając życia sensu przyczynę. Nie przesadzając jednak z filozofią. Trzeba było oszczędzać ją na poniedziałkowy poranek.

 KINO OGRODOWE


                                                        SECRET GARDEN IN SECRET GARDEN ( obraz Olgi)
   

                                                                        BUONA NOTTE


Epilog

Nie ważne, skąd ludzie pochodzą. Są pewne wspólne zamiłowania kulinarne, które łączą narody. Wszyscy lubią sery :) Wyszły niemalże wszystkie. Seler, marchewka, pomidorki i czereśnie również, więc suma sumarum wszyscy jesteśmy królikami seromaniakami. Dzika jedli tylko panowie. Wypijmy więc dzików zdrowie. Bo bez wątpienia wszyscy też bardzo lubią wino :)) Z kilku kartonów... może coś zostało :)



 LEWITUJĄCY ZE SZCZĘŚCIA NAD ZIEMIĄ JEGO WYSOKOŚĆ PARMEZAN. MAŁO KOGO WSZYSCY TAK BARDZO LUBIĄ.



Brak komentarzy: